wiekszy naglowek

Strona Główna

Pielgrzymka

zaproszenie-3

Garść wakacyjnych wspomnień

Pomimo, że już od dwóch tygodni trwa rok szkolny to dziś chciałabym powrócić jeszcze do wakacji. Spędziliśmy je po części razem, a po części osobno. 

Wszystko zaczęło się od wyjazdów na oazy wakacyjne. Nasza parafia wiodła w tym prym, ponieważ byliśmy jedną z parafii, która wysłała na oazę najwięcej uczestników w diecezji. Mieliśmy uczestników całego przekroju wiekowego. Byli na ODB, na OND, na ONŻ i byli także animatorzy.

Rekolekcje w wakacje? No tak, ludzie czasem mogą na to dziwnie patrzeć. Można się dziwić temu, że młody człowiek chce spędzić dwa tygodnie w jakiejś wsi odcięty od wszystkiego. A jakby jeszcze powiedzieć, że codziennie jest msza (nie mówiąc o innych modlitwach) to już w ogóle się złapią za głowę:) Jednak właśnie ilość uczestników pokazuje, że coś w tym jest! Oczywiście po pierwsze to formacja, kontakt z Bogiem. Takie dwutygodniowe odizolowanie naprawdę może dużo zdziałać. Ale nie zapominajmy, że to nie tylko modlitwa. Wyjazdy wakacyjne pozwalają nam spotkać dzieci i młodzież z innych parafii. Możemy porównać funkcjonowanie Oazy , wspólnie i radośnie przeżyć ten czas. Nie brakuje wycieczek, zabaw i innych atrakcji. 

W ubiegły piątek, kiedy rozpoczęliśmy naszą pracę roczną, grupy starsze miały możliwość podzielenia się tym co przeżyły i jak doświadczyły Boga na wakacjach. Słuchając siebie nawzajem widzimy, jak bardzo Pan Bóg działa w naszym życiu. Wszystko to co przeżyliśmy to bardzo piękne doświadczenia, które na pewno na długo w nas pozostaną.

Może ktoś w tym momencie czytając to poczuje żal, że nie pojechał. Nic straconego!:) Kolejne wakacje czekają…

A po Oazie przyszedł czas na nasz wspólny wyjazd. Starsza młodzież wraz z księdzem Rafałem odwiedziła trzy stolice : Budapeszt, Bratysławę i Wiedeń. Ale to już będzie relacja naszego stałego recenzenta Damiana…:)


wyjazd 2012

Podróż zagranicę w tym roku przygotowano dla grupy stypendystów, a więc nasza ekipa pozostała na dalszym planie, mieliśmy być jedynie uzupełnieniem składu. Wyszło jak zawsze, a więc brak chętnych na podjęcie ryzyka wyjazdu z księdzem Rafałem (!), spowodował, że miejsc zostało blisko 30 i wszyscy gotowi pojechać mogli przeżyć nową euro-przygodę. Jeszcze przed wakacjami przejrzeliśmy plan przygotowany przez pana Maćka Lubczyńskiego, ale niewiadomą pozostała kwestia tego kim będą owi tajemniczy stypendyści. Dobra, dość… trochę wieje nudą, nie? Kolejny już tekst napisany w tym samym tempie, o wydarzeniach, które już przeżyliśmy, a więc są nam doskonale znane, wypada dać sobie spokój. Zgoda, ale się wcale nie poddaję, mam przecież rękaw, a w nim parę asów, którymi przekonam was, że warto parę rzeczy wspomnieć.

Zacznę od kwestii dla mnie już codziennej, a dla wielu absolutnie nowej. Pod koniec wyjazdu, jeden z chłopaków, Waldek bodajże, wypowiedział na temat naszego ks. moderatora takie zdanie: wielu księży już spotkałem, ale takiego to jeszcze nigdy. O co chodzi? Nie wiem o czym myślał Waldek (!), ja natomiast widziałem to co wy, a uwierzcie mi, ksiądz w jasnych japonkach nie jest naturalnym widokiem Zapasy w basenie w Miszkolcu, po których miał zdarte czoło też były sympatycznym elementem, podobnie jak jego mina w trakcie Godzinek „śpiewanych" przez Krzyśka Oczywiście, gdy zostałem wyznaczony przez ks. Rafała do przeprowadzenia wieczorku rozrywkowo-zapoznawczego, to moja sympatia do jego osoby szybko stopniała, ale sprawnie nadrobił tę stratę. Przed skeczem „Syn wraca z wojny" szukaliśmy stroju dla aktora grającego księdza. Okej, wiedziałem, że ksiądz na pewno nie zabrał sutanny, no bo po co, ale poszedłem do niego pożyczyć koloratkę, i mocno się zawiodłem słysząc w odpowiedzi: Nie mam. Ale wszyscy byliśmy na wakacjach, więc ja cenię to, że ksiądz potrafił być nam przyjacielem, a jago drzwi były dla nas zawsze otwarte, co sam podkreślał, a przecież od tego jest ksiądz. Dzięki temu, mogliśmy z Erykiem np. schłodzić sobie napój w księdza lodówce Jak już tu jesteśmy, to dodamy tylko, że najbardziej podobała mi się pierwsza Msza, kiedy to dumne LSO wygodnie chłodziło się tuż pod klimatyzacją, a reszta, no cóż…

Chętnie przypomnę też kilka kwestii o dzikim wężu, którego przykładaliśmy do ust, żeby powiedzieć na głos parę słów… brzmi to absurdalnie, wiem, ale bardziej dziwacznie wyglądało, gdy w Budapesztańskim hotelu biegałem między piętrami pospiesznie przygotowując wieczorek. No a przygotowanie polegało na przeszukaniu szafek ze środkami czystości, po to by wyciągnąć z nich mop i wiadro, a następnie połączyć stary wąż od prysznica z podłużnym flakonem i tak powstała nasza wspaniała imitacja mikrofonu, którym potem bawiłem się stojąc na środku. Miał pomóc mi, żebym czuł się pewniej, mając w rękach coś idiotycznego. Nie wiedziałem, że będziecie się przedstawiać po kolei, ale skoro mi wężomikrofon pomógł, to uznałem, że wam też pomoże. Nawet nie wyobrażacie sobie jak kapitalnie wyglądaliście przykładając go do ust, jakby to był prawdziwy mikrofon Pewnie, gdyby jedna z dziewczyn miała go akurat ze sobą, nie dowiedzielibyśmy się, że „zapomniała pomyśleć"… Zresztą dzień później, kilka osób mając obce udo na swojej nodze też chyba zapominało myśleć, no i dlatego dowiedzieliśmy się, że „Jaein", cokolwiek to miałoby znaczyć, w sytuacji gdy kobieta pyta mężczyznę czy pokazać magię swoich ust Pamiętam też, że był jakiś Gunther… coś tam bananas melonas yeah…. a nie, to nie to, był Eryk i one banana, two banana, seven and się skończyły banany. Poza tym wszystkim gwoździem programu był Stevn Henryk Spilberski, wraz ze swoją świtą. I tu zdradzę wam tajemnicę, tekst pod tytułem „faktycznie jakiś sztywny między nogami", był wcześniej przećwiczony resztę robiliśmy pierwszy raz w życiu. Słyszałem, że się podobało, co nas cieszy, ale z tymi wariatami można było to zrobić jeszcze lepiej. Później jeszcze „Gdy na morzu wielka burza" i japońskie wykonanie Mateusza… klasyka nie mogło tego zabraknąć, chociaż ja tam wolę Pony, też to robiliśmy, chyba w następny dzień, ale teraz wyobraźcie sobie jak musieliśmy kiedyś wyglądać, gdy bawiliśmy się w to wśród tłumu obcokrajowców dokładnie pod paryską wieżą Eiffla. Ale dość o tym, na integrację jak zwykle zastosowaliśmy niezawodny i najlepszy sposób – Mafię! Zgodzę się, nie było może takiego kryminalnego zacięcia, jak na ziemi włoskiej, ale ta spektakularna gra sprawiła, że szybko staliśmy się jednością i zniknęły podziały na stypendystów i swoich. Naturalnie, najbardziej ekscytującą rolą była postać „udupiacza", psychola innymi słowy, w efekcie największą frajdą okazało się wyeliminowanie w jednej turze jak największej ilości wariatów, udało się chyba dobić do czterech czy pięciu. Mafia tak się spodobała, że w drodze powrotnej nasz autobus zmienił kształt… z tyłu była mafia, a więc tam wszyscy musieli znaleźć sobie miejsce, no i ów tył był mocno obniżony względem przodu pojazdu, no ale czegóż się nie robi, aby zirytować kierowcę… ale o tym za chwilę Zawiodła mnie za to noc ostatnia… mimo hucznych zapowiedzi, wszyscy poszli spać… i to bardzo szybko. Gdzieś tam nieśmiało trwała mafia, ale mało liczna. Jedynie pod pokojem 102 ktoś usilnie hałasował… i ksiądz jest za to bardzo zły Co do tej ostatniej nocy to jeszcze jedna rzecz, znalazło się takich trzech muszkieterów, którzy między 1 a 2 w nocy odwiedzili lokalny hipermarket, po to by skosztować słowackiego wyrobu kabansopodobnego z bagietką z Tesco. Dobrze, że hotel nie miał balkonów, bo boję się myśleć jakby się to skończyło gdyby obudziła się w nich natura ninja. To wszystko mógłbym przybrać jeszcze w mniejsze i większe miłostki, ale wspomnę jedynie o nutelli na pewnym irokezie, no i może jeszcze o kelnerze z Bratysławy, który kilka dni słuchał co mówimy, również na jego temat (czemu mówił 'merci' gdy podawał talerz? Ja wiem, ale nie powiem ;p), po to by w ostatni dzień z uśmiechem na twarzy zakomunikować nam iż „ja po polsku rozumiem". Zabawny był gość z niego, dziewczynom z Sącza przyniósł po ostatniej kolacji całą brytfankę pysznego deseru i rzucił przed nimi na stół! Może byłoby to nic szczególnego, gdyby nie to, że nie chciał ich wypuścić z restauracji jeśli nie zjedzą wszystkiego No i zapomniałbym jeszcze o jednym. W pierwszy dzień przyjeżdżamy, po całym dniu drogi, wszyscy głodni, oczekują na jakiś sycący posiłek, ciężkostrawną zupę, tymczasem… węgierski kelner podaje nam zupę… zimną… a jak się okazało jakiś rozcieńczony jogurt… No i jak dla mnie w porządku, w smaku niezłe, no ale raczej na deser, chyba reszta też się ze mną zgadzała, bo za wiele tej zupy owocowej to nie zjedliśmy. O pleśni na deserze kolejnego dla będę milczał, kto ma wiedzieć, ten wie.

No i wisienka na torcie! Tego tekstu (mam nadzieję :/) nie przeczyta nasz drogi pan kierowca. A był to nie lada kozak! … Mam jednak wątpliwości czy płacenie mandatów było wliczone w plany wycieczki, a to przecież udało się szybko. Całą drogę przez Słowację opowiadał jak to trzeba uważać, po to by tuż za granicą Węgierską dać się złapać. I wszystko byłoby w porządku, gdyby nie to, że przy okazji straciliśmy dowód rejestracyjny pojazdu… zaczęło być niewesoło, albo właśnie wesoło od tamtego momentu wiedzieliśmy, że za kierownicą siedzi nietuzinkowy artysta. Jakby tego było mało na każdym kroku nas o tym przekonywał, niezdecydowanie na światłach to klasyka, zapala się żółte, on hamuje, po chwili zmienia zdanie i przyspiesza, po to by przejechać na czerwonym, co za pokaz! Takich akcji co dzień mieliśmy kilka, ale to jeszcze nic, raz się przeliczył, no i mimo przyspieszenia zaczął ostatecznie hamować, to się niestety nie udało, no i wylądowaliśmy na środku skrzyżowania na czerwonym świetle. Kierowca się rozejrzał i nie pozostało nic innego jak w końcu ruszyć do przodu i tak przejechać na czerwonym… Innym razem, swoją drogą tuż po opłaceniu mandatu, w ogóle świateł nie zauważył i niewzruszenie przejechaliśmy sobie na czerwonym, dobrze, że nikogo innego na skrzyżowaniu nie było. Pamiętacie pewnie, jak w Wiedniu krążyliśmy sobie autobusem po ciasnych uliczkach starówki, a wszyscy na nas dziwnie patrzyli? Tak, właśnie wtedy w GPS wpisane zostało hasło Scharzenberg (chyba), zamiast Schonbrunn. Eh, zdarza się najlepszym. A nasz pan kierowca bezapelacyjnie należał do najlepszych gwiazdorów

Eurotrip kończyliśmy… tak wiem, mafią, ale tym razem myślę o AquaCity w Popradzie. Narzekaliście na pogodę, że zimno, ale mi się tak podobało ;p lubię ten efekt, gdy powietrze jest zimne, a ty siedzisz sobie w gorącej wodzie. Choć nie zawsze było tak gorąco, wiadomo, że jednym z najpopularniejszych punktów są zjeżdżalnie, oczywiście zewnętrzne. Było piorunująco zimno, gdy przyszło nam wybiegać po schodach na górę, ale sam frajda ze zjazdu, choć krótka, rozgrzewała dostatecznie. Ks. Rafał też się bawił Drugim miejscem, które nas skupiało był najgorętszy basen, część dziewczyn w ogóle stamtąd nie wychodziła, ja byłem tylko ogrzać się gdy już trzęsła mi się szczęka od zjeżdżalni. Trochę mam wątpliwości, ale napiszę o jeszcze jednym miejscu… tym gdzie wysportowane panie prowadziły fitness w wodzie. Naturalnie, ich nienaganne figury dostrzegło dwóch ogierów z naszego składu (nie, nie byłem wśród nich ;p), a żeby im zaimponować zaczęli sami udawać, że pokazują ćwiczenia, dziewczyny ich zobaczyły i odezwały się… po polsku. Mateusz i Krzysiek mocno się zdziwili, ale im przeszło, gdy instruktorka stanęła między nimi i specjalnie na ich życzenie poprowadziła fitness po polsku, a oni służyli za modeli prezentując ćwiczenia. Było zabawnie, bo kilka minut później ich niezgrabne ruchy naśladowało przeszło sto osób.

I to byłoby na tyle, jeśli komuś się wyjazd nie podobał, to następnym razem nie zapraszamy ;p a tym, którzy wrócili uśmiechnięci, zdradzę, że gdzieś tam, w tajemniczych komnatach, obiło mi się o uszy, że to może nie ostatni nasz wyjazd w takiej grupie Dziękuję panu pilotowi Maćkowi, który uwierzcie mi łączył się z nami w bólu, gdy nie mogliśmy już słuchać opowiadań przewodników. Dziękuję panu Zbysiowi, że bezpiecznie nas dowiózł do domu I księdzu, bo tak. Pozdrawiam caaały Rzeszów, razem ze Słociną, Miejsca Piastowe i inne, okolice Rzeszowa, a nawet Nowy Sącz i Monachium. I zapraszam na grupę na facebooku, trochę tam cicho i spokojnie, więc mi się to ogromnie nie podoba, czas już to ożywić ;p

Z… yyy… Europy

dla bl.karolina.pl

Damian Malesa

Galeria zdjęć pod adresem: Wyjazd Młodzieży.

Natomiast już w najbliższy piątek zapraszamy na Oazę. Wszystkich stałych oazowiczów, ale także tych, którzy na Oazie nigdy nie byli:)

16-grupy młodsze (szkoła podstawowa)

17-śpiew

18-Eucharystia

19-grupy starsze (gimnazjum, liceum, studenci).

Cytat na teraz

"Będziesz miłował Pana, Boga swego, całym swoim sercem, całą swoją duszą, całą swoją mocą i całym swoim umysłem; a bliźniego swego jak siebie samego."
Łk 10, 25-27

Losowe zdjęcia

foto_04.jpg